Kiedyś prowadziłam i organizowałam spotkania literackie. Kiedy miałam wybór, zapraszałam podróżników, reporterów, ludzi drogi, pióra i obrazów. Organizatorzy różnych spotkań również zapraszali mnie głównie do prowadzenia spotkań o podróżach.
Pamiętam dwugodzinną rozmowę z Andrzejem Stasiukiem o jego książce „Wschód”, kiedy po każdym pytaniu wracał do odpowiedzi na pierwsze: dlaczego wyrusza się w drogę?
Jak sięgam pamięcią, motyw podróży, wędrówki, włóczęgi towarzyszył mi przez całe życie. O długich powrotach do Itaki i romantycznych wojażach pisałam rozprawki w podstawówce, liceum, na studiach o flanerach i melancholijnych szwendaczach. Aż po pierwszych studiach sama wyruszyłam w długą podróż i powrót tylko do świata wyobraźni nie był już możliwy. Ciało samo poczuło ten zew.
„Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w droge, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna sie dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej”. / Ryszard Kapuściński
Były spotkania literackie z reporterką-nomadką Iza Klementowska i Wojciechem Nowickim o jego dromomamach. I było z Colinem Thubronem o podróżach po Utraconym sercu Azji. I wiele, wiele innych.
Dziś wyjęłam z półki album „Biel” Marcina Kydryńskiego i wzrosła we mnie pewna myśl. Że w internetowym paradoksie to, co tworzę, jednocześnie może być widziane i tak samo łatwo ginie w natłoku kadrów i słów. I że pojawiła się we mnie tęsknota za papierem, drukiem, albumem. Za przyjemnością szelestu, za dotykiem, za literacką kinestetyką.
I że przez całe życie zbierałam zasoby, by móc to zrobić. To jest ta myśl, a teraz i zapisane słowo. Kto wie, jak dalej się ono potoczy.


